Podatek, który Niemcy płacą od każdej kilowatogodziny od 1999 r., spadnie do najniższego poziomu, na jaki pozwala unijne prawo. Kanclerz Friedrich Merz ogłosił po spotkaniu kierownictwa CDU, że obniżka stawki podatku od energii elektrycznej obejmie wszystkich konsumentów, relacjonuje wnp.pl. Dla niemieckich gospodarstw domowych i firm to ulga liczona w miliardach euro, a dla konkurujących z nimi polskich przedsiębiorstw kolejne wyzwanie.
Z 2,05 do 0,05 eurocenta za kilowatogodzinę
Obecna standardowa stawka niemieckiego podatku od energii wynosi 2,05 eurocenta za kWh i utrzymuje się na tym poziomie od lat. Po zmianie spadnie do 0,05 eurocenta, czyli unijnego minimum. To obniżka o ponad 97 proc. Z tak niskiej stawki korzystały dotąd wybrane sektory energochłonne: od stycznia 2026 r. trwale płacą ją firmy produkcyjne oraz rolnictwo, podczas gdy gospodarstwa domowe wspierano jedynie dopłatami do opłat sieciowych, opisywały niemieckie serwisy branżowe.
Decyzja ma swoją polityczną historię. Obniżka dla wszystkich miała obowiązywać już od początku 2026 r., ale rząd wycofał się z niej z powodu dziury w budżecie federalnym, co kosztowało koalicję sporo wiarygodności. Teraz Merz przekonuje, że sytuacja się zmieniła: „poprawiły się prognozy wzrostu gospodarczego”, a dodatkowe wpływy budżetowe, szacowane przez kanclerza na 5 mld euro, mają zrekompensować ubytek dochodów z podatku. „Naszym celem jest nie tylko zapewnienie ulg”, podkreślił szef niemieckiego rządu, wskazując także na odbudowę zaufania wyborców.
Walka o przemysł, który ucieka
Obniżka podatku to element szerszej batalii o konkurencyjność niemieckiej gospodarki, która od trzech lat balansuje na granicy stagnacji. Wysokie ceny energii regularnie wymieniane są wśród głównych powodów przenoszenia produkcji za granicę, między innymi do Polski i Stanów Zjednoczonych. Berlin liczy, że tańszy prąd ograniczy presję inflacyjną i zatrzyma dezindustrializację.
Skala wyzwania jest ogromna. Jak podaje money.pl za raportem państwowego banku KfW, osiągnięcie prawnie wiążącej neutralności klimatycznej w 2045 r. będzie kosztowało Niemcy około 6 bln euro w latach 2025 do 2045. Połowa tej kwoty to wydatki dodatkowe, wynikające wprost z zielonej transformacji, a obecne nakłady inwestycyjne musiałyby się ponad podwoić. Największych pieniędzy wymagać będzie transport, przede wszystkim upowszechnienie samochodów elektrycznych, oraz dostosowanie sieci do energii z wiatru i słońca. Budżet państwa ma pokryć tylko około 12 proc. rachunku, resztę poniosą konsumenci i firmy.
Zobacz również:
BIZNES · 13.10.2026Irlandzki gigant traci cierpliwość. Inwestycja za 50 mln euro może trafić do PolskiPolska z drogim prądem po sąsiedzku
Dla polskich przedsiębiorców niemiecka decyzja ma bardzo praktyczny wymiar. Gdy za Odrą podatek od prądu spada do symbolicznego poziomu, w Polsce hurtowe ceny energii idą w górę. Według danych Towarowej Giełdy Energii średnia cena prądu na rynku dnia następnego wyniosła we wrześniu 666,68 zł za MWh i była najwyższa od kilku lat, a kontrakt na 2027 r. podrożał do blisko 556 zł za MWh.
Różnica w kosztach energii między sąsiadami przekłada się wprost na rentowność przemysłu, zwłaszcza w branżach energochłonnych: hutnictwie, chemii czy produkcji materiałów budowlanych. Polskie firmy od lat apelują o systemowe obniżenie opłat i podatków w rachunkach za prąd, wskazując właśnie na niemieckie ulgi dla przemysłu.
Chcesz częściej widzieć treści BNBN w Google?Dodaj nas do ulubionych źródeł
Berlin gra na kilku fortepianach
Obniżka podatku od energii wpisuje się w serię prokonsumenckich i proprzemysłowych ruchów niemieckiego rządu, od dopłat do opłat sieciowych po specjalne taryfy dla energochłonnych zakładów. Każdy z tych instrumentów zmniejsza dystans cenowy wobec konkurentów z Azji i USA, ale jednocześnie powiększa wydatki państwa, które równolegle finansuje rekordowe zbrojenia i transformację energetyczną.
Merz stawia na to, że ożywienie gospodarcze samo sfinansuje ulgi. Jeśli prognozy wzrostu się nie sprawdzą, Berlin stanie przed tym samym dylematem, który rok temu kazał mu odłożyć obniżkę na półkę: tani prąd albo dyscyplina budżetowa.
Trzy lata stagnacji wymusiły zwrot
Determinacja Berlina ma źródło w twardych danych. Niemiecka gospodarka od trzech lat balansuje na granicy stagnacji, a przemysł przeżywa najgłębszą restrukturyzację od zjednoczenia kraju. Volkswagen zapowiedział redukcje sięgające docelowo 100 tys. miejsc pracy, kolejne koncerny zamykają zakłady, a produkcja przenosi się tam, gdzie koszty są niższe. Świeży przykład opisują polskie media: amerykańska Inteva Products przenosi właśnie produkcję z bawarskiego Plattling do fabryki w Opolu, zwiększając tam zatrudnienie do blisko 600 osób.
Dla Polski niemiecki zwrot w polityce energetycznej to sygnał o dwóch ostrzach. Z jednej strony tańszy prąd u zachodniego sąsiada osłabia argument kosztowy, który dotąd przyciągał inwestycje nad Wisłę. Z drugiej strony ożywienie niemieckiego przemysłu oznaczałoby więcej zamówień dla polskich poddostawców, dla których rynek za Odrą pozostaje największym kierunkiem eksportu. W obu scenariuszach wniosek dla Warszawy jest podobny: bez własnej odpowiedzi na wysokie koszty energii polska gospodarka będzie konkurować z coraz tańszym prądem sąsiadów wyłącznie płacami.
