Napięcia na Bliskim Wschodzie coraz mocniej uderzają w globalny rynek energii. Choć pojawiają się pomysły na odblokowanie Cieśniny Ormuz i zabezpieczenie transportu ropy, eksperci ostrzegają, że to nie rozwiąże problemu.
Iran prowadzi bowiem działania, które wykraczają daleko poza samą blokadę kluczowego szlaku. Jak podkreśla w rozmowie z money.pl dr Przemysław Zaleski z Fundacji Pułaskiego i Politechniki Wrocławskiej, Teheran uderza bezpośrednio w infrastrukturę energetyczną w regionie, co ma znacznie poważniejsze konsekwencje.
Cieśnina Ormuz odpowiada za ogromną część globalnego handlu surowcami – przepływa tamtędy ok. 13 mln baryłek ropy dziennie oraz nawet 20 proc. światowego LNG. Jej blokada już teraz podbija ceny ropy i wywołuje niepokój na rynkach.
Jednak nawet ewentualna interwencja USA i ich sojuszników nie musi przynieść oczekiwanego efektu. Zdaniem ekspertów Iran przygotował się na taki scenariusz i zastosował bardziej złożoną strategię.
Zaleski tłumaczy, że udrożnienie cieśniny nie rozwiąże problemu. Iran bardzo precyzyjnie dobrał cele i uderza w miejsca, które można łatwo uszkodzić, a które paraliżują produkcję na długie tygodnie.
Chodzi m.in. o rafinerie, zakłady przetwarzania gazu czy elementy infrastruktury wydobywczej. Nawet niewielkie uszkodzenia mogą wymusić zatrzymanie produkcji i przeprowadzenie kosztownych kontroli bezpieczeństwa.
Pierwsze skutki tej strategii już są widoczne. Po atakach dronowych Katar wstrzymał eksport LNG z kompleksu Ras Laffan. W Arabii Saudyjskiej doszło do pożaru w rafinerii Ras Tanura, a kolejne instalacje w regionie zostały czasowo wyłączone.
Na celowniku znalazły się także ogromne złoża surowców. Ataki objęły m.in. pola naftowe w Arabii Saudyjskiej i Iraku, w tym jedno z największych na świecie – Madżnun, którego zasoby szacowane są na ponad 38 mld baryłek ropy. Uderzenia dotknęły również pola gazowe w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Łącznie kraje regionu odpowiadają za produkcję blisko 18 mln baryłek ropy dziennie, co pokazuje skalę potencjalnego wpływu na globalny rynek.
Efektem ataków są nie tylko fizyczne zniszczenia, ale też decyzje firm o wstrzymaniu produkcji. Część przedsiębiorstw ogłasza tzw. siłę wyższą, co pozwala im uniknąć kar za niedostarczenie surowców.
Dodatkowo Iran korzysta z wsparcia sojuszników w regionie. Ataki prowadzone są także przez powiązane grupy, m.in. w Jemenie czy Libanie, co jeszcze bardziej komplikuje sytuację i zwiększa ryzyko eskalacji.
W odpowiedzi na zagrożenie niektóre państwa same ograniczają wydobycie i produkcję. Wstrzymywano m.in. pracę pól gazowych w Izraelu czy instalacji w Iraku i Kuwejcie.
Teheran ostrzega, że jego działania mogą doprowadzić do skokowego wzrostu cen ropy nawet do 200 dolarów za baryłkę. Eksperci podchodzą do tych zapowiedzi ostrożnie, ale nie mają wątpliwości, że skutki i tak będą odczuwalne.
Według Zaleskiego bardziej realny scenariusz to poziomy 110-120 dolarów za baryłkę, które i tak oznaczają poważne obciążenie dla światowej gospodarki.
W praktyce oznacza to, że nawet jeśli transport przez Ormuz zostanie przywrócony, globalny rynek energii pozostanie pod presją. Problem nie dotyczy już tylko logistyki, ale samej produkcji surowców
źródło: money.pl
