Media piszą o firmach, które straciły miliony po jednym fałszywym przelewie, a właściciel małej firmy czyta taki nagłówek i zakłada, że jego to nie dotyczy. Skala jest przecież inna, budżet na cyberbezpieczeństwo też. Przestępcy patrzą na to zupełnie inaczej niż my sami patrzymy na swoją firmę. Z ich perspektywy mała firma bywa łatwiejszym celem niż korporacja z rozbudowanym działem IT. Mniej zabezpieczeń, a czasem jedna osoba odpowiedzialna i za finanse, i za pocztę jednocześnie. Wystarczy przejąć dostęp do jednego konta albo podszyć się pod znanego kontrahenta.
Małe firmy są łatwiejszymi celami
Mechanizm ataku bywa prosty do zaskoczenia. Przestępca podszywa się pod dostawcę współpracującego z firmą od lat i informuje o zmianie numeru konta, albo pod osobę zarządzającą firmą, rzekomo w podróży, z pilną potrzebą przelewu na nowy kontrakt. Osoba odpowiedzialna za płatności rzadko ma czas dzwonić i weryfikować, gdy sprawa jest oznaczona jako pilna, a ton wiadomości brzmi znajomo. Przelew trafia na konto przestępcy, zanim ktokolwiek zorientuje się, że coś jest nie tak.
Część firm zakłada, że skoro korzysta ze skrzynki pocztowej znanego dostawcy, jest zabezpieczona z automatu. To mit: standardowe konto pocztowe nie powstało z myślą o ochronie przed podszywaniem się pod domenę czy przechwytywaniem korespondencji. Domyślne ustawienia wystarczają do codziennej pracy, ale nie do obrony przed kimś, kto celowo wchodzi w rolę zaufanego kontaktu. Właściciel firmy zwykle dowiaduje się o luce dopiero wtedy, gdy księgowość dzwoni z pytaniem o przelew, którego nikt nie pamięta zatwierdzać.
Tu wchodzi kwestia tego, jak skonfigurowana jest poczta firmowa i jakie mechanizmy stoją za nią od środka. Uwierzytelnianie domeny (SPF, DKIM, DMARC) utrudnia wysyłanie wiadomości, które wyglądają, jakby pochodziły z firmowej domeny, a w rzeczywistości nie mają z nią nic wspólnego. Szyfrowanie ograniczające dostęp do treści wiadomości zmniejsza ryzyko, że ktoś przejmie całą historię korespondencji i wykorzysta ją do przygotowania wiarygodnego ataku. Warto to sprawdzić, zanim dojdzie do incydentu, nie po nim.
Chcesz częściej widzieć treści BNBN w Google?Dodaj nas do ulubionych źródełZobacz również:
POMYSŁ NA BIZNES · 09.07.2025Ile zarabia twórca kursów online? Edukacja cyfrowa pod lupąWięcej głów to lepiej niż jedna
Drugi element to procedury, które nie zależą wyłącznie od czujności jednej osoby. Podwójna weryfikacja przy zmianie danych do przelewu, telefon do kontrahenta na numer zapisany wcześniej (nie ten podany w podejrzanej wiadomości), zasada, że pilne polecenia finansowe zawsze wymagają drugiej pary oczu, i limity kwotowe, powyżej których przelew wymaga dodatkowej akceptacji. W firmie, gdzie pracuje kilka osób i każdy ma swoje obowiązki, taka procedura często po prostu nie istnieje na papierze, więc w chwili presji nikt jej nie stosuje.
Szkolenie zespołu też ma znaczenie, choć jednorazowe szkolenie raz w roku, zapomniane po tygodniu, niewiele zmienia. Rozpoznawanie podejrzanych wiadomości powinno stać się nawykiem, podobnie jak sprawdzanie adresu nadawcy czy zwracanie uwagi na literówki w domenie. Bywają subtelne, jedna litera zamieniona na podobnie wyglądającą, i łatwo je przeoczyć, gdy się spieszymy. Koszt wdrożenia lepszych zabezpieczeń jest zwykle niewielki w porównaniu z tym, co można stracić przy jednym udanym ataku. Rachunek wychodzi dość jasno na korzyść prewencji, nawet jeśli krótkoterminowo wygląda to na dodatkowy wydatek, którego wcześniej nie było w budżecie. Warto też sprawdzać ustawienia domeny raz na jakiś czas, nie tylko przy pierwszym wdrożeniu, bo dostawcy zmieniają wymagania dotyczące uwierzytelniania częściej, niż większość firm nadąża je aktualizować.
