Formalnie Ferrari wkroczyło właśnie w erę elektromobilności i ogłosiło początek nowego rozdziału w historii marki. W praktyce 26 maja 2026 r. premiera modelu Luce stała się jedną z najtrudniejszych prezentacji w historii spółki. Akcje runęły, krytycy zaatakowali stylistykę, a wprost o „zniszczeniu mitu” wypowiedział się człowiek, który markę wyciągnął z zapaści w latach 90. i prowadził ją przez ćwierć wieku.
7 proc. w dół w jeden dzień
Z danych giełdowych wynika, że we wtorek 26 maja 2026 r. akcje Ferrari notowane na giełdzie w Mediolanie spadły o ponad 6 proc., a w trakcie sesji dochodziły nawet do 7 proc. w dół. To zaś w przeliczeniu na kapitalizację oznacza utratę około 6 do 7 mld dolarów wartości spółki w jeden dzień. Reakcja była tak gwałtowna, że eksperci rynkowi zaczęli już porównywać tę sesję do najtrudniejszych dni w historii notowań Ferrari na NYSE.
Powód spadku nie sprowadzał się wyłącznie do samej premiery. Ferrari równolegle z prezentacją Luce zrewidowało prognozy finansowe na lata 2026-2027 w sposób, który rynek odebrał jako schłodzenie oczekiwań. Po latach przyzwyczajania inwestorów do regularnego podnoszenia prognoz, zarząd postawił na ostrożność, a giełda nie wybacza takich zmian narracji spółkom wycenianym jak akcje wzrostowe luksusowych marek modowych. To z kolei sprawiło, że sama nowość, która powinna napędzić kurs, stała się katalizatorem najmocniejszej przeceny od miesięcy.
„Ryzykujemy zniszczenie mitu”
Najmocniejszy cios spadł jednak nie z rynku, lecz z wnętrza środowiska Ferrari. Luca Cordero di Montezemolo, były prezes spółki w latach 1991-2014, w wypowiedzi dla włoskich mediów odpowiedział na pytanie o nowy model w sposób, który trudno uznać za dyplomatyczny. Powiedział wprost, że gdyby wypowiedział pełnię swoich myśli, mógłby zaszkodzić Ferrari. Według niego marka „ryzykuje zniszczenie mitu” zbudowanego przez dekady, a on sam wyraził głębokie ubolewanie nad obecnym kierunkiem firmy.
Najmocniejsze słowa zachował na koniec. Montezemolo wprost zasugerował, by ze stylistyki Luce usunięto „skaczącego konia”, czyli ikoniczne logo marki. To jeden z najpoważniejszych zarzutów, jakie były prezes może postawić aktualnemu zarządowi, bo sugeruje, że nowy model po prostu nie zasługuje na to, by nosić oznaczenia Ferrari. Były szef marki dodał też, że projekt był opóźniony o ponad dwa lata, a finalnie i tak nie przekonał go ani technologicznie, ani estetycznie.
Sam Montezemolo to nie postać przypadkowa. Stanął na czele Ferrari w 1991 r., gdy spółka znajdowała się w głębokim kryzysie. Pod jego kierownictwem marka wróciła do rentowności, zdobyła 19 tytułów mistrzowskich Formuły 1 i ugruntowała pozycję jednej z najsilniejszych luksusowych marek motoryzacyjnych na świecie. Sam wielokrotnie deklarował, że Ferrari nigdy nie wyprodukuje w pełni elektrycznego samochodu, a w jednym z dawnych wywiadów żartował, że nie poprowadzi elektrycznego Ferrari „nawet pod wpływem narkotyków”. To z kolei oznacza, że jego dzisiejsza ostra reakcja na Luce była przewidywalna, ale nie traci na sile.
Co dokładnie pokazało Maranello?
Sam model robi wrażenie pod względem osiągów technicznych. Ferrari Luce to czterodrzwiowy, pięciomiejscowy samochód elektryczny napędzany czterema silnikami, po jednym na każde koło. Łączna moc wynosi 1050 KM, a auto przyspiesza od zera do 100 km na godzinę w 2,5 sekundy. Bateria o pojemności 122 kWh zapewnia zasięg przekraczający 530 km na jednym ładowaniu, a prędkość maksymalna wynosi ponad 310 km na godzinę. Cena katalogowa to 550 tys. euro, czyli około 640 tys. dolarów, a pierwsze dostawy zaplanowano na czwarty kwartał 2026 r.

Z perspektywy biznesowej Luce to też ważny moment dla relacji projektowych marki. Samochód powstał we współpracy z LoveFrom, czyli kolektywem kreatywnym kierowanym przez sir Jonathana Ive’a, byłego głównego dyrektora ds. projektowania w Apple. Benedetto Vigna, obecny prezes Ferrari, opisał Luce jako efekt pięciu lat pracy i serce ekosystemu projektowego marki.

To zaś jest dokładnie ten punkt, w którym opinie się rozjeżdżają. Dla zarządu Luce jest manifestem nowego Ferrari, otwartego na świat technologii i obecnego na rynkach bardziej skłonnych do elektromobilności, czyli w Kalifornii, Skandynawii i długoterminowo w Chinach. Dla części klientów i tradycjonalistów Ferrari sprzedawało dotąd nie tylko osiągi, ale przede wszystkim dźwięk silnika V12, ekskluzywność i sportowe DNA. Pięciomiejscowe, ważące ponad 2300 kg elektryczne auto za pół miliona euro do tego DNA po prostu nie pasuje.
Polityka też się włączyła
W sprawie wypowiedział się również Matteo Salvini, włoski minister transportu i infrastruktury. W poście opublikowanym na platformie X określił Luce jako „estetyczny i technologiczny afront wobec tych, którzy kochają Ferrari”. Salvini zauważył, że auto „elektryczne, ekstremalnie drogie i nie wyglądające jak samochód ze skaczącym Koniem” trudno nazwać innowacją, i zapytał retorycznie, co powiedziałby na to założyciel marki Enzo Ferrari.
Cała sytuacja oznacza, że Ferrari mierzy się dziś z kryzysem na trzech frontach jednocześnie. Rynek finansowy karze za rewizję prognoz, świat motoryzacji za stylistykę odbiegającą od tradycji, a wewnętrzne środowisko marki za odejście od tożsamości budowanej przez dekady.
Luksusowa elektromobilność hamuje
Premiera Ferrari Luce trafia też na niesprzyjający moment dla całego segmentu luksusowych pojazdów elektrycznych. Lamborghini ogłosiło wcześniej wycofanie się z planów wprowadzenia w pełni elektrycznego modelu, decydując się na rozwój hybrydy. Porsche zrewidowało w dół swoje cele dotyczące pojazdów elektrycznych po słabszym popycie w Chinach i USA. Innymi słowy, większość konkurentów Ferrari z najwyższego segmentu rynku ostrożnie wycofuje się z elektryfikacji, a Maranello zdecydowało się ruszyć dokładnie w przeciwną stronę.
To stawia całą strategię Ferrari pod znakiem zapytania. Vigna broni Luce argumentem, że emocje kierowcy mogą zostać zachowane także w aucie elektrycznym, a kluczem nie jest sam dźwięk silnika spalinowego, lecz doświadczenie prowadzenia. Krytycy odpowiadają, że jeśli najmocniejsza wartość marki opierała się przez dekady na konkretnym brzmieniu V8 i V12, to przeniesienie jej na inny rodzaj napędu wymaga znacznie więcej niż technologicznego skoku.
Co dalej z mitem?
Bezpośrednie skutki finansowe wtorkowej sesji można zmierzyć w miliardach dolarów, ale dla samej marki ważniejsze jest pytanie, co stanie się z relacją emocjonalną klientów. Premiera Luce ujawniła rzecz, której większość obserwatorów Ferrari się nie spodziewała: nawet ta firma nie ma już monopolu na własną legendę. Zarząd realizuje strategię ekspansji, a były prezes, włoski rząd, tradycyjni klienci i część rynku mówią jednym głosem o naruszeniu tożsamości marki.
Najbliższe kwartały będą dla Ferrari testem, czy odważne wejście w elektromobilność wzmocni biznes na nowych rynkach na tyle, by zrekompensować potencjalną erozję wizerunku w segmencie tradycyjnych klientów. Pierwszy bilans tego testu rynek wystawił już w dniu premiery. I nie był to bilans łatwy.
