Po wygaszeniu dopłat sprzedaż aut na prąd nad Wisłą wyhamowała tak mocno, że Polska osunęła się niemal na samo dno europejskiej stawki. Z danych stowarzyszenia ACEA wynika, że pod względem udziału elektryków w rejestracjach nowych aut wyprzedziły nas już nawet Bułgaria i Rumunia, a gorzej jest jedynie w Chorwacji. Obraz ratują dopiero hybrydy, w których Polska należy do europejskiej czołówki.
Spadek po wygaszeniu dopłat
W maju 2026 r. Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego zanotował 2015 nowych aut elektrycznych, czyli o 28,5 proc. mniej niż przed rokiem, gdy zakupy napędzał uruchomiony później program dopłat. Udział elektryków w rynku obniżył się do 4 proc. Był to pierwszy raz od listopada 2024 r., kiedy liczba rejestracji okazała się niższa w ujęciu rocznym.
Bezpośrednią przyczyną tego załamania było wyczerpanie dopłat do zakupu aut na prąd w ramach programu „NaszEauto”, który wyłączono na początku roku. Skutek był natychmiastowy. Polska stała się w maju jedynym, obok Łotwy, krajem Unii Europejskiej, w którym popularność elektryków spadła w ujęciu rocznym. Jeśli spojrzeć na pierwsze pięć miesięcy 2026 r., do tego grona dochodzi jeszcze Holandia, ale tam elektryki spadają z bardzo wysokiego poziomu i wciąż stanowią ponad jedną trzecią wszystkich rejestrowanych nowych osobówek.
Wyprzedziły nas Bułgaria, Rumunia i Słowacja
Z danych ACEA wynika, że udział aut w pełni elektrycznych w polskich rejestracjach wynosi obecnie 5,3 proc. i systematycznie zmierza poniżej granicy 5 proc. To plasuje Polskę na drugim miejscu od końca w całej Unii Europejskiej. Gorzej jest jedynie w Chorwacji, gdzie udział elektryków w maju wyniósł 3,4 proc., a od początku roku 4,1 proc.
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy Polskę wyprzedziły pod tym względem między innymi Rumunia, Bułgaria i Słowacja. To wymowne porównanie, bo mowa o krajach o niższym poziomie zamożności, które jeszcze niedawno same uchodziły za maruderów elektromobilności. W Rumunii udział elektryków sięga 8,3 proc., a w Bułgarii 7,6 proc., podczas gdy nad Wisłą jest to zaledwie 5,3 proc. Drugim biegunem pozostaje Dania z udziałem elektryków rzędu 80 proc., choć i jej daleko do Norwegii, gdzie ledwie jedno na pięćdziesiąt kupowanych aut nie ma napędu elektrycznego.
Hybrydy ratują obraz polskiego rynku
Skupienie się wyłącznie na autach w pełni elektrycznych daje jednak zafałszowany obraz. Jeśli spojrzeć na elektromobilność szerzej, czyli z uwzględnieniem wszystkich napędów alternatywnych, Polska plasuje się w połowie unijnej stawki. Obecnie dwa na trzy nowe auta rejestrowane nad Wisłą mają napęd niekonwencjonalny.
Największa w tym zasługa hybryd, w których Polska należy do europejskiej czołówki. Hybrydy, zarówno klasyczne, jak i tak zwane miękkie, stanowią już 51 proc. rejestrowanych nowych osobówek. Wyższy udział notują jedynie Rumunia, Estonia, Grecja, Litwa i Węgry. Polska radzi sobie też lepiej niż większość Wspólnoty pod względem hybryd plug-in, czyli ładowanych z gniazdka. Choć w przeciwieństwie do elektryków nie były one objęte dopłatami, ich udział systematycznie rośnie i w maju przekroczył 9 proc., utrzymując się od kilku miesięcy powyżej udziału diesli.
Co mówią pełne dane ACEA?
Zestawienie ACEA dobrze pokazuje, jak bardzo zróżnicowany jest europejski rynek. W całej Unii hybrydy odpowiadają za 37,8 proc. rejestracji, elektryki za 20 proc., hybrydy plug-in za 9,7 proc., benzyna za 22,4 proc., a diesel za 7,6 proc. Polska z udziałem benzyny na poziomie 26,9 proc. i diesla rzędu 6 proc. wciąż mocno opiera się więc na napędach konwencjonalnych, ale to właśnie wysoki udział hybryd przesuwa ją do środka stawki.
Dla rynku oznacza to wyraźne rozejście się dwóch trendów. Z jednej strony segment aut w pełni elektrycznych w Polsce skurczył się po odcięciu dopłat, co pokazuje, jak silnie krajowy popyt na elektryki zależał od wsparcia publicznego. Z drugiej strony rosnący bez żadnych dopłat udział hybryd, w tym plug-in, sugeruje, że polscy nabywcy wybierają rozwiązania pośrednie, które nie wymagają zmiany przyzwyczajeń ani dostępu do gęstej sieci ładowarek. To rozróżnienie jest istotne dla producentów i importerów planujących ofertę na kolejne miesiące, bo pokazuje, gdzie realnie kieruje się popyt, gdy znika czynnik dopłat
