Dług, który ma zostać ujawniony lada moment, prawdopodobnie przekroczy wszystko, co rynki dotąd widziały. Wenezuela przygotowuje się do odsłonięcia swoich rzeczywistych zobowiązań, a te według osób zaznajomionych ze sprawą znacznie przewyższą dotychczasowe szacunki rzędu 150 do 200 mld dolarów. Jeśli te informacje się potwierdzą, kraj przebije rekordowe bankructwo Grecji z 2012 r. i przeprowadzi największą restrukturyzację długu w dziejach.
Gospodarka skurczona o ponad dwie trzecie
Punktem wyjścia całej sprawy jest dramatyczny stan wenezuelskiej gospodarki. Jak podaje „Financial Times”, jej wielkość szacuje się obecnie na zaledwie około 100 mld dolarów. To drastyczny spadek z poziomu 370 mld dolarów w 2012 r., czyli w ostatnim roku rządów poprzednika Nicolása Maduro, Hugo Cháveza. Innymi słowy, gospodarka kraju skurczyła się o ponad dwie trzecie w nieco ponad dekadę.
Przy takich liczbach relacja długu do PKB Wenezueli znacznie przekracza 200 proc. To poziom, który w praktyce uniemożliwia samodzielną obsługę zobowiązań i wymusza głęboką restrukturyzację. Kontekst polityczny jest tu kluczowy. Po styczniowej operacji wojskowej Stanów Zjednoczonych, w wyniku której odsunięto od władzy Maduro, nowa tymczasowa przywódczyni kraju Delcy Rodríguez postawiła sobie ambitny cel, czyli osiągnięcie porozumienia z wierzycielami jeszcze do końca tego roku. Miałoby to otworzyć Wenezueli drogę powrotu na rynki międzynarodowe po niemal dekadzie izolacji.
Anatomia długu, czyli z czego składa się góra zobowiązań?
Struktura wenezuelskiego zadłużenia jest wyjątkowo skomplikowana, bo Caracas przez lata nie spłacało wierzycieli, a rodzaje zobowiązań są bardzo różne. Największą i najlepiej udokumentowaną część stanowią obligacje rządu oraz państwowego koncernu naftowego PDVSA, opiewające na około 60 mld dolarów. Do tego dochodzi 40 mld dolarów zaległych odsetek narosłych po ogłoszeniu niewypłacalności, a kwota ta rośnie w tempie 5 mld dolarów rocznie.
To jednak tylko część obrazu. Inwestorzy szacują, że Wenezuela jest winna dodatkowo od 30 do 50 mld dolarów firmom naftowym i wierzycielom handlowym z tytułu niezapłaconych faktur, ponad 20 mld dolarów w formie roszczeń prawnych firm, których majątek został wywłaszczony przez reżim Cháveza, oraz od 10 do 20 mld dolarów Chinom i 6 mld dolarów Rosji z tytułu pożyczek spłacanych wcześniej eksportem ropy. Kolejne 4 mld dolarów należą się międzynarodowym bankom rozwoju. Po zsumowaniu tych pozycji rzeczywiste zobowiązania kraju mogą więc znacznie przekroczyć dotychczasowe rynkowe szacunki, czyniąc z tej restrukturyzacji największą w historii.
Walka banków o intratne zlecenie
Skala operacji przyciągnęła uwagę największych banków inwestycyjnych. Do przygotowania planu powrotu wenezuelskiego długu na zrównoważone tory władze wynajęły amerykański bank Centerview Partners, który na początku lipca ma opublikować projekt stosownego dokumentu.
O zlecenie rywalizowano. Konkurencyjny bank Lazard próbował przejąć kontrakt, oferując swoje usługi za zryczałtowaną stawkę 25 mln dolarów, czyli dokładnie tyle, ile pobrał przy restrukturyzacji Grecji w 2012 r., i przedstawiając to jako wyjątkową wartość. Rząd Wenezueli szybko jednak odrzucił tę ofertę, uzasadniając wybór Centerview większym doświadczeniem, zespołem ekspertów i lepszym zrozumieniem lokalnych uwarunkowań. To pokazuje, że nawet sama obsługa tej restrukturyzacji jest na rynku finansowym łakomym kąskiem.
Brak MFW budzi obawy inwestorów
Najwięcej kontrowersji wzbudza tempo i tryb całego procesu. Przyspieszona restrukturyzacja toczy się poza bezpośrednimi auspicjami Międzynarodowego Funduszu Walutowego, co niepokoi część wenezuelskiej opozycji oraz samych inwestorów. Rzecznik MFW poinformował wprost, że fundusz nie jest zaangażowany w proces ogłoszony przez Caracas.
Brak niezależnej analizy zdolności obsługi długu ze strony MFW czyni z tego przedsięwzięcia anomalię. Jak zauważył jeden z byłych inwestorów cytowany przez „Financial Times”, potrzebna jest zorganizowana przez MFW dyskusja między wierzycielami oraz właściwy, poddany audytowi przegląd zadłużenia. Taki pośpiech może finalnie osłabić pozycję negocjacyjną samej Wenezueli. Co istotne, obligacje wenezuelskie kosztują obecnie około 55 centów za dolara, wobec 33 centów przed upadkiem Maduro, ale ceny te nie obejmują lat niezapłaconych odsetek. To pokazuje, że rynek już wycenia pewną poprawę, choć wciąż z dużym dyskontem.
Klucz do wszystkiego, czyli ropa naftowa
Dla posiadaczy obligacji decydujące pozostaje to, jak szybko kraj zdoła ożywić produkcję ropy naftowej po obaleniu reżimu. To właśnie od „czarnego złota” zależy, czy Wenezuela będzie miała z czego spłacać zobowiązania. Pierwsze sygnały publikowane przez bank centralny są umiarkowanie optymistyczne, bo w pierwszym kwartale tego roku wpływy ze sprzedaży eksportowej ropy wyniosły 5,5 mld dolarów, wobec 4,4 mld dolarów w ostatnich miesiącach rządów Maduro.
Wciąż jest to jednak wynik bardzo odległy od lat świetności sprzed nałożenia amerykańskich sankcji. Dlatego rynkowi eksperci ostrzegają przed nadmiernym optymizmem co do terminu zakończenia rozmów. Jak podsumował Jeff Grills, menedżer portfela w Aegon Asset Management, oś czasu czyni całą operację jeszcze bardziej skomplikowaną, a szansa na sfinalizowanie jej do 2026 r. jest niewielka. Jego zdaniem proces najprawdopodobniej przeciągnie się na 2027 r.
