Formalnie zmiana właścicieli sieci stacji Moya to transakcja, która dla kierowcy na stacji nic nie zmienia. W praktyce to sygnał, że polski rynek paliw wciąż ma potencjał wzrostu, a nowy właściciel najprawdopodobniej ruszy po pozycję numer dwa w kraju, do której brakuje dziś naprawdę niewiele.
Fundusz private equity sprzedał, globalny inwestor kupił
W czwartek 11 czerwca 2026 r. akcjonariusze Anwimu, czyli właściciela trzeciej największej sieci stacji benzynowych w kraju działającej pod marką Moya, podpisali umowę sprzedaży udziałów. Wśród sprzedających znalazł się fundusz private equity Polish Enterprise Fund VIII, zarządzany przez Enterprise Investors, oraz założyciele spółki. Nabywcą jest europejska spółka joint venture działająca w segmencie detalicznej sprzedaży paliw, tworzona przez Stonepeak oraz Energy Equation Partners.
Sieć Moya liczy obecnie 540 obiektów i jest trzecią co do wielkości w Polsce, po Orlenie i BP. Dla kierowców transakcja nie oznacza żadnej praktycznej zmiany. Jak wskazuje Urszula Cieślak, starsza analityk BM Reflex, dla kupujących paliwo nic się nie zmienia, ale samo zainteresowanie funduszu inwestycyjnego pokazuje, że ten rynek wciąż ma potencjał.
Cel numer dwa. Do BP brakuje mniej niż 50 stacji
Rozmówcy z branży wskazują, że taka decyzja inwestycyjna dowodzi, że polski rynek stacji benzynowych wciąż może się rozwijać. Potwierdza to wypowiedź Anthony’ego Borreki ze Stonepeak, który podkreślił, że Polska pozostaje rynkiem o stabilnym, długoterminowym popycie na paliwa, a Anwim jest dobrze przygotowany, by odpowiadać na te potrzeby dzięki zdywersyfikowanej ofercie, rozbudowanej sieci i wysokiej jakości infrastrukturze.
Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z e-petrol, ocenia, że nowy właściciel będzie dążył do pozycji numer dwa w kraju. Na razie z liczbą 540 stacji Moya pozostaje trzecim graczem rynku. O ile krajowy potentat, czyli Orlen, jest poza zasięgiem, o tyle w przypadku BP chodzi o różnicę na poziomie mniej niż 50 obiektów. To zaś oznacza, że awans na pozycję wicelidera jest dziś dla Moyi celem realnym, a nie odległą ambicją. Bogucki zauważa przy tym z uśmiechem, że od lat mówi się, iż na rynku nie ma już miejsca na dalszy rozwój sieci, a Moya sukcesywnie temu przeczy.
Pokoleniowa zmiana warty
Najciekawszym wątkiem całej sprawy jest to, skąd Moya weźmie obiekty do dalszej rozbudowy. Odpowiedź kryje się w pokoleniowej zmianie, która zachodzi wśród właścicieli niezależnych stacji. Jak wskazuje Urszula Cieślak, na rynku panuje swego rodzaju przesilenie, w ramach którego do sprzedaży trafiają pojedyncze obiekty lub niewielkie sieci.
Mechanizm jest prosty. W latach 90. w Polsce powstawało wiele stacji benzynowych. Część z nich przejęli duzi gracze, część została zamknięta, ale bardzo wiele wciąż działa pod niezależnym szyldem. Według analityków takich obiektów jest ponad 3,5 tys. Teraz niektóre z nich trafiają na sprzedaż. Cieślak tłumaczy, że osoby, które trzy dekady temu w wieku około 30 lat zakładały biznes stacyjny, dziś są po sześćdziesiątce. Czasem brakuje sukcesji, czasem chęci do prowadzenia tego niełatwego biznesu, stąd decyzja o sprzedaży.
Co istotne, te obiekty są dziś całkiem nowoczesne. Lata wprowadzania restrykcyjnych przepisów, dotyczących między innymi zbiorników czy wymagań bezpieczeństwa, wyeliminowały z rynku stacje nieprzestrzegające norm. Te, które przetrwały, są w dobrym lub bardzo dobrym stanie technicznym. To zaś czyni je atrakcyjnym celem przejęć dla sieci planującej ekspansję.
Marka Moya raczej zostanie
Choć zmianom właścicielskim często towarzyszy zmiana marki, w tym przypadku wszystko wskazuje, że do tego nie dojdzie. Jeden z nowych właścicieli, czyli Energy Equation Partners, to fundusz inwestujący w przedsiębiorstwa energetyczne, a Stonepeak to jedna z czołowych globalnych firm specjalizujących się w inwestycjach w infrastrukturę i aktywa rzeczowe. O skali ich działalności w Europie świadczy inwestycja z 2025 r. w sieć stacji JET w Niemczech i Austrii, obejmującą około tysiąca obiektów.
Sama marka JET jest w Polsce znana, bo dwie dekady temu pod granatowo-złotym szyldem działało ponad 80 obiektów, które później przejął rosyjski Łukoil. Mimo to, jak ocenia Jakub Bogucki, zmiana nazwy Moyi nie miałaby dziś uzasadnienia. Marka na tyle wrosła w polski pejzaż, że nowy właściciel raczej chce ją rozwijać, a nie zmieniać. Do tego dochodzi argument finansowy. Rebranding pojedynczego obiektu kosztuje od 100 tys. do nawet pół miliona złotych, co w skali całej sieci oznaczałoby wydatek rzędu nawet 200 mln zł. Połączenie dobrej rozpoznawalności marki z wysokim kosztem jej zmiany sprawia, że Moya niemal na pewno pozostanie Moyą.
